O technice pigmentowej jeszcze kilka słów

„Wow, to jest to, czego szukałem” – to słowa, które najczęściej chyba słyszę, ilekroć pokazuję odbitki pigmentowe przy okazji któregoś z naszych warsztatów. Zawsze mnie to nieco zaskakuje, bo te same zdjęcia pokazane w sieci zazwyczaj przechodzą… jakby bez echa.

Gdy więc kolejny uczestnik warsztatu zachwycił się pigmentem, spróbowałem wreszcie problem rozwikłać.

Myślę, że winna jest tu… doskonałość techniki pigmentowej i odbitek, które można z jej wykorzystaniem tworzyć.

„O samej technice pigmentowej i sposobie powstawania odbitki pisałem już wcześniej”

Dlaczego inne techniki lepiej wyglądają w internecie?

No bo jeśli pokażę w sieci skan odbitki olejnej, gumy czy ambrotypu, każdy natychmiast widzi, że to zdjęcie nieco inne od pozostałych. To, czy gorsze, czy lepsze, zależy już od gustu odbiorcy, ale z pewnością inne.

Już na pierwszy rzut oka widać charakterystyczne, subtelne rozostrzenie gumy, malarskość oleju czy metaliczną srebrzystość ambrotypu, połączoną z bardzo specyficznym sposobem, w jaki oddaje on kolory.

Z pigmentem rzecz ma się inaczej.

Przede wszystkim dobrze wykonana odbitka pigmentowa wolna jest od charakterystycznych „wad”, „niedoskonałości” innych procesów. Zdjęcia są ostre, mają pełną skalę tonalną, są czytelne, wyraziste. Po zeskanowaniu niejednokrotnie niczym się nie różnią od skanów z negatywu czy wręcz fotografii cyfrowej.

"Chełmsko Śląskie" odbitka pigmentowa, fot. Małgorzata Bardoń

O wyglądzie odbitki decyduje autor

Po drugie, po zeskanowaniu zdjęcia te wolne są również od cech charakterystycznych dla samej odbitki pigmentowej, a to z tego prostego powodu, że są to cechy zupełnie inne niż w przypadku pozostałych technik.

Gdy myślimy o odbitce albuminowej, wiemy, że będzie ona nieco przytłumiona, subtelna, ciepła w kolorystyce bądź wręcz brązowa. Gdy myślimy o oleju… i tak dalej, i tak dalej.

W przypadku techniki pigmentowej rzecz ma się zupełnie inaczej.

To, jak zdjęcie będzie wyglądać, zależy nie tyle od samej techniki, co od autora, twórcy zdjęcia.

Zdjęcia mogą być kontrastowe lub bardzo płaskie, kontrastu pozbawione. Mogą być matowe, błyszczące bądź też błyszczące w światłach i matowe w cieniach. Mogą być idealnie czarno-białe bądź brązowe, niebieskie czy jakie tylko chcemy.

Mogą mieć subtelne przejścia tonalne w światłach i skróconą skalę tonalną w cieniach bądź na odwrót.

Wreszcie odbitki pigmentowe nie muszą nawet być monochromatyczne. To jedna z dawnych technik umożliwiających uzyskanie zdjęć barwnych o bogatej i intensywnej kolorystyce, którą bardziej kojarzymy ze współczesnymi wydrukami.

Choć z drugiej strony kolorystyka ta może być również przytłumiona bądź zupełnie nienaturalna – jeśli tylko zechcemy ją taką uczynić.

"Kuźnice" odbitka pigmentowa, fot. Małgorzata Bardoń

Odbitkę pigmentową trzeba zobaczyć na żywo

Na tym właśnie polega z jednej strony piękno, z drugiej swoiste przekleństwo techniki pigmentowej.

Techniczna doskonałość, ogromna kontrola nad uzyskiwanymi efektami i właściwie całkowita ich dowolność sprawiają, że po zeskanowaniu zdjęcia wyglądają tak samo jak wszystkie inne.

Ich prawdziwe piękno dostrzegalne staje się dopiero na żywo.

Dopiero stojąc przed odbitką, dopiero mając ją w ręku, możemy docenić jej głębię, subtelny trójwymiar, delikatny połysk świateł i intensywność cieni, rozpiętość tonalną.

Dopiero patrząc na fizyczne, namacalne zdjęcie, możemy dostrzec jego unikatowe piękno i siłę.

A do tego, by dobrze wykonane pigmenty zobaczyć na żywo, niestety nie mamy zbyt wielu okazji.

dr Radosław Brzozowski