Kiedy zaczynaliśmy pracować z dawnymi procesami fotograficznymi, dość szybko wpadliśmy w pułapkę wehikułu czasu. Skoro fotografujemy tak, jak fotografowano w XIX wieku, to dlaczego nie fotografować również tego, co mogłoby wydarzyć się w XIX wieku?
Radek przygotowywał chemię, pracował z mokrym kolodionem, eksperymentował z własnoręcznie robioną emulsją fotograficzną, a ja zajmowałam się tym, co sprawiało mi wtedy ogromną przyjemność — stylizacją.
Lumpeksy, OLX i targi staroci należały do moich ulubionych miejsc. Wyszukiwałam suknie, kapelusze, dodatki i wszystkie przedmioty, o których można było pomyśleć: „to może się kiedyś przydać”. W ten sposób powstała całkiem pokaźna garderoba.
Czy te rzeczy rzeczywiście później się przydały?
Może pięć procent.
Ale wówczas samo szukanie było częścią zabawy.
Wehikuł czasu
Pierwsze lata pracy z historycznymi procesami były pełne takich sesji.
Powstawały portrety stylizowane na przełom XIX i XX wieku. Podczas pleneru w Orzechowym Dworze fotografowaliśmy piękne modelki w starannie przygotowanych, trochę piktorialnych stylizacjach. Duża część fotografii, które znalazły się później w książce „Ambrotypia. Przewodnik praktyczny”, również świadomie odwoływała się do dawnej estetyki.
![]() |
| "Agata", fot. Radosław Brzozowski ambrotyp |
W 2015 roku fotografie Radka zostały opublikowane w amerykańskim magazynie „View Camera”. Do tej sesji również przygotowywałam stylizacje — modelki w strojach nawiązujących do przełomu XIX i XX wieku. Zdjęcia powstały między innymi w mokrym kolodionie oraz na emulsji fotograficznej przygotowanej przez Radka.
Był nawet czas, kiedy w Radiu Gdańsk opowiadaliśmy Włodkowi Raszkiewiczowi o dawnych procesach właśnie trochę jak o przenoszeniu się w czasie.
I chyba nie ma w tym nic dziwnego.
Fascynacja wehikułem czasu wydaje mi się bardzo naturalnym etapem poznawania technik historycznych. Dostajemy do ręki proces sprzed stu pięćdziesięciu lat, patrzymy na obrazy, które dzięki niemu powstają, i chcemy sprawdzić, jak blisko możemy podejść do fotografii z tamtego czasu.
My też chcieliśmy.
I udało nam się czasami podejść naprawdę blisko. Niektóre z tych fotografii lubię do dzisiaj. Są dobre. Na kilka z nich można spojrzeć i przez chwilę rzeczywiście uwierzyć, że powstały ponad sto lat temu.
Nie mam potrzeby się od nich odcinać.
Nie mam też potrzeby do tego wracać.
![]() |
| "Ania", fot. Radosław Brzozowski ręcznie kolorowany ambrotyp ( nieistniejący już niestety) |
Kiedy wszystkie sesje zaczynają wyglądać podobnie
Po pewnym czasie wydarzyło się coś bardzo prostego.
Kolejne sesje zaczęły wyglądać podobnie.
Inna modelka, inna suknia, inny kapelusz, ale mechanizm pozostawał ten sam.
A przecież ani Radek nie chciał zostać wyłącznie portrecistą i chemikiem odtwarzającym stare procesy, ani ja stylistką ustawiającą ludzi przed jego aparatem.
Każde z nas miało w głowie znacznie więcej.
W mojej głowie od dawna pojawiały się obrazy dużo dziwniejsze niż te, które rzeczywiście realizowałam. Tyle że przez wiele lat brakowało mi odwagi, aby uznać, że sama mogę je zrobić.
Oglądałam za to bardzo dużo fotografii. Wystawy, albumy, prace innych artystów.
Paolo Roversi do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych fotografów. Mogę długo analizować jego zdjęcia wyłącznie pod kątem światła. Wielki format nie jest u niego historycznym rekwizytem. Jest narzędziem służącym do tworzenia obrazu. Światło buduje tam przestrzeń, postać i atmosferę.
Hiroshi Sugimoto swoim cyklem „Seascapes” namieszał mi w głowie zupełnie inaczej — spokojem i redukcją.
U Erwina Olafa fascynował mnie przede wszystkim nastrój i to, jak precyzyjnie można skonstruować cały świat istniejący tylko na potrzeby obrazu.
Stopniowo coraz mniej interesowało mnie pytanie: „jak zrobić zdjęcie, które wygląda jak stare?”.
Znacznie bardziej zaczęło mnie interesować: po co właściwie wybieram tę technikę?
Technika nie musi dyktować tematu
Historyczna technika fotograficzna nie musi narzucać historycznego obrazu.
Może być po prostu jednym ze świadomie wybranych środków artystycznych.
Mokry kolodion nie wymaga cylindra. Platynotypia nie wymaga pejzażu udającego fotografię z początku XX wieku. Guma nie musi wyglądać jak piktorializm.
Tak samo wielki format nie należy do przeszłości.
Technika ma swoją historię. Obraz nie musi jej odtwarzać.
Dzisiaj dużo bardziej interesuje mnie materialność fotografii. To, że obraz nie jest wyłącznie plikiem, który można oglądać na dowolnym ekranie. Powstaje na konkretnym kawałku szkła albo papieru. Ma powierzchnię, strukturę, czasami niedoskonałość. Jest przedmiotem.
W dawnych procesach ważny jest dla mnie również eksperyment.
Nie ma tu prostego Ctrl+Z.
Nie oznacza to oczywiście żadnej magii. Dla mnie to przede wszystkim fizyka i trochę chemii. Ale właśnie ograniczenia procesu powodują, że pracuję inaczej.
Uważniej.
![]() |
| "Bez tytułu", fot Małgorzata Bardoń technika własna ( ulubione określenie konserwatorów) |
Jedno zdjęcie
Najłatwiej zauważyć to podczas pracy z wielkim formatem.
Idziesz w plener. Na plecach masz dużą kamerę, niesiesz statyw i kasety. Widzisz miejsce, które wydaje ci się interesujące.
I najpierw zadajesz sobie pytanie, czy ten kadr naprawdę jest wart tego, żeby zdjąć plecak.
Nie?
Idziesz dalej.
Kilkaset metrów później znów coś widzisz. Tym razem zdejmujesz plecak, ale patrzysz jeszcze raz i stwierdzasz, że właściwie nie masz ochoty rozkładać statywu.
Idziesz dalej.
Aż w końcu pojawia się taki moment, kiedy zdejmujesz plecak, rozstawiasz statyw, wyciągasz kamerę i wiesz, że właśnie tutaj chcesz zrobić zdjęcie.
Można wrócić z pleneru z jedną fotografią.
Ale właśnie tą jedną.
Podobnie pracuję z portretem. Sesja może oznaczać dla mnie cztery płyty albo cztery klisze. Cztery zwolnienia migawki.
I koniec.
Nie robię później kolejnych stu ujęć na wszelki wypadek.
![]() |
| Część projektu "Blizny", fot. Małgorzata Bardoń ambrotyp |
Selekcja zaczyna się dużo wcześniej niż przed monitorem komputera. Czasami właściwie zaczyna się jeszcze zanim aparat zostanie wyjęty z plecaka.
I chyba właśnie uważność jest tym, co w dawnych procesach jest dla mnie dziś najważniejsze.
Własny obraz
Z czasem zaczęłam również sama fotografować.
Praca z Radkiem zawsze była dla mnie czymś szczególnym. Kiedy pracujemy razem, powstaje między nami coś, co nazywam trzecim bytem artystycznym. Nie jest to już wyłącznie jego fotografia ani wyłącznie moja koncepcja. Wspólny obraz zaczyna żyć własnym życiem.
Z innymi fotografami nie zawsze tak było.
Czasami przygotowywałam stylizację i miałam w głowie bardzo konkretny obraz, a fotograf widział tę samą sytuację zupełnie inaczej. Powstawała dobra fotografia, ale nie była tym, co widziałam ja.
Pojawiał się lekki dysonans.
W pewnym momencie zrozumiałam, że jeśli chcę zobaczyć na zdjęciu dokładnie tę historię, którą mam w głowie, muszę sama stanąć po drugiej stronie aparatu.
Być może to także była część wychodzenia z tamtego pierwszego etapu fascynacji dawną fotografią.
Nie odrzucenie przeszłości.
Raczej znalezienie dla niej innego miejsca.
Każdy ma własną drogę
Nie uważam, że fotografowanie w historycznych stylizacjach jest czymś, z czego trzeba wyrastać.
Każdy ma swoją drogę, swój czas i robi takie fotografie, jakie chce robić i z jakimi czuje się dobrze.
Jeśli ktoś chce dziś przygotować ambrotyp wyglądający tak, jakby powstał w 1870 roku — dlaczego nie?
My też to robiliśmy. Dawało nam to ogromną przyjemność i powstały wtedy fotografie, które nadal bardzo lubię.
Dla mnie jednak w pewnym momencie przestało to wystarczać.
Dzisiaj bardziej interesuje mnie pytanie, co stary proces może zrobić ze współczesnym obrazem. Co wnosi jego materialność, ograniczenie, przypadek, czas potrzebny na wykonanie jednej fotografii. Co dzieje się z naszym patrzeniem, kiedy nie możemy bez końca naciskać migawki.
Historyczne procesy nie są dla mnie sposobem na powrót do przeszłości.
Są kolejnym językiem, którym można opowiadać o tym, co interesuje nas dzisiaj.



