10 lat później. Jak zrobiliśmy „Wesele kaszubskie wg I. Gulgowskiego”

Dziesięć lat temu pojechaliśmy do Wdzydz zrobić kaszubskie wesele.

Nie prawdziwe, choć czasami wszystko wyglądało bardzo prawdziwie. Była panna młoda w czarnej sukni, rajek, koń, wiejska kapela, martwe kury, mirtowy wianek, butelki na wódkę z epoki, słoma do butów i pół świni, po którą o piątej rano pojechałyśmy z Iwoną do rzeźni Toyotą Yaris.

A wszystko fotografowaliśmy w mokrym kolodionie na szklanych płytach 18 × 24 cm.

Tak powstało „Wesele kaszubskie wg I. Gulgowskiego”.

„A może wesele?”

Do Wdzydz przyjechaliśmy początkowo porozmawiać o zupełnie innym projekcie.

Mieliśmy już za sobą wspólną realizację „Minione Niezapomniane” i kolejny pomysł w głowie. Usiedliśmy z Iwoną Klinger, Bartoszem Stachowiakiem i Mateuszem Słomińskim i podczas rozmowy okazało się, że właściwie… już nie chcemy robić tego, z czym przyjechaliśmy.

Coś między nami zarezonowało.

I wtedy Iwona rzuciła:

– A może wesele?

No i zaczęło się.

Szukaliśmy literatury, czytaliśmy, sprawdzaliśmy, aż trafiliśmy na Izydora Gulgowskiego.

I tam było właściwie wszystko.

Gulgowski bardzo dokładnie opisał dawne kaszubskie wesele. Czytaliśmy go wszyscy, wybieraliśmy sceny, rozpisywaliśmy, gdzie mają powstać, kto powinien w nich wystąpić i czego będziemy potrzebowali.

Przygotowania trwały około pół roku.

Iwona zajmowała się strojami i rekwizytami. Bartosz i Mateusz wzięli na siebie ogromną część organizacji: znajdowali modeli, załatwiali miejsca zdjęciowe, konia, pilnowali zgód na udział w projekcie i późniejszą publikację fotografii.

My mieliśmy rozpisane kadry.

Co, gdzie, kiedy i jak.

Przynajmniej w teorii.

Kolodion miał własne zdanie na temat kolorów

Od początku wiedzieliśmy, że ten projekt powstanie w ambrotypii.

Chcieliśmy pokazać wiejskie wesele w technice fotograficznej współczesnej tamtej epoce. W czasach Gulgowskiego nikt właściwie nie fotografował całego wiejskiego wesela. Fotografia była droga, trudna i nie była czymś, na co zwyczajnie mogli sobie pozwolić mieszkańcy wsi.

W pewnym sensie chcieliśmy więc zrobić fotografie, które mogły wtedy istnieć, ale najprawdopodobniej nigdy nie powstały.

Tyle że mokry kolodion widzi kolory inaczej niż nasze oczy.

Dlatego przygotowanie strojów wcale nie było takie proste.

Czarna suknia panny młodej mogła na zdjęciu zamienić się w jedną ciemną plamę, więc Iwona doszyła do niej białe guziki. Na żywo wyglądały trochę nietypowo, ale na płycie robiły dokładnie to, co miały robić.

Czasami całe zestawy ubrań na żywo wyglądały wręcz pstrokato.

Na kolodionie — idealnie.

Były kwiaty z bibuły, mirtowy wianek, stare butelki na wódkę, odpowiedni strój rajka, a nawet słoma wkładana do butów.

Naprawdę staraliśmy się o każdy detal.

Przyjechaliśmy Żukiem

18 września 2016 roku, w niedzielę, przyjechaliśmy do Wdzydz naszym Żukiem przerobionym na mobilną ciemnię.

Mieliśmy go już od jakiegoś czasu. Jeździliśmy nim wcześniej po Dolnym Śląsku i fotografowaliśmy architekturę. Z tyłu, na pace, znajdowała się pełna ciemnia do mokrego kolodionu.

W niedzielę rozłożyliśmy pracownię i zrobiliśmy pierwsze zdjęcie projektu — mirtowy wianek.

Od poniedziałku zaczęło się na dobre.

Ja byłam kierownikiem planu i ogarniaczem wszystkiego.

Wspólnie z Radkiem ustawialiśmy kadr i ludzi. Potem Radek szedł do ciemni przygotować płytę.

A to chwilę trwało.

Płytę trzeba było oczyścić, polać kolodionem, uczulić w azotanie srebra, włożyć do kasety. Dopiero wtedy Radek wychodził z ciemni i szedł na plan.

Czasem sam spacer zajmował jeszcze minutę albo dwie.

A ja w tym czasie miałam jedno zadanie:

pilnować, żeby modele nigdzie się nie rozeszli.

Dopóki płyty wychodziły, szło całkiem sprawnie.

Radek robił zdjęcie, wracał do ciemni, wywoływał i jeśli krzyczał, że jest dobrze, mogliśmy ustawiać kolejny kadr.

Jeśli nie…

Robiliśmy wszystko od początku.

I wtedy nasi modele, co zupełnie zrozumiałe, zaczynali się coraz bardziej nudzić.

Radkowi asystowała Marta Grzybowska-Ząbkiewicz. Płukała wszystkie powstałe płyty, nosząc wodę z łazienki dla zwiedzających.

Łazienka była kawałek od ciemni.

Po trzech dniach Marta wydeptała tam własną ścieżkę.

Świnia jedzie Yarisem

W poniedziałek zaczęłyśmy z Iwoną dzień o piątej rano.

Trzeba było pojechać do rzeźni po zamówioną półtuszę świni.

Świnia była ważnym rekwizytem.

Pojechałyśmy po nią Toyotą Yaris. Półtuszę owinęłyśmy prześcieradłami, żeby nie zakrwawiła tylnego siedzenia, i wróciłyśmy do skansenu.

Nie wiem, czy jest jakiś moment, w którym projekt fotograficzny oficjalnie wchodzi na wyższy poziom, ale wożenie pół świni na tylnej kanapie Yarisa chyba się kwalifikuje.

Świnka trafiła na plan i odegrała swoją rolę.


A potem pan Zbyszek, który grał ojca panny młodej, zabrał ją do domu i zrobił z niej kiełbasy.

Kiełbasy pojawiły się później przy scenie uczty weselnej.

Nic się nie zmarnowało.

Kury, koń i prawdziwi narzeczeni

Na planie mieliśmy wszystko.

Był koń, wóz, kapela wiejska.

Były martwe kury i dziewczynka bawiąca się ich głowami — tak jak kiedyś bawiły się dzieci.

Pannę młodą i pana młodego grali Emilia i Błażej.

Byli wtedy prawdziwymi narzeczonymi.

Później wzięli prawdziwy ślub.

Czyli przynajmniej casting mieliśmy bardzo trafiony.

Pięć minut w kościele

Najtrudniejsze zdjęcie powstało w kościele ze Swornychgaci.

Było tam bardzo ciemno.

Czas naświetlania wynosił około pięciu minut.

Młodzi klęczeli, Bartosz odprawiał mszę po łacinie, wokół siedzieli weselnicy i przez pięć minut wszyscy musieli praktycznie się nie ruszać.

Zdjęcie oczywiście nie wyszło za pierwszym razem.

Ale za którymś wyszło.

I chyba do dziś najbardziej podziwiam na nim cierpliwość wszystkich modeli.

A przy okazji podobno wzięliśmy ślub

Z kościoła wrzuciłam na Facebooka zdjęcie zza kulis.

Młodzi klęczą przed ołtarzem, Bartosz jako ksiądz odprawia mszę, dookoła siedzą weselnicy.

No i zaczęły spływać gratulacje.

Część osób uznała, że to ja i Radek właśnie wzięliśmy ślub. Dziwne bo my ważyliśmy ze 40 kilo więcej niż nasi młodzi.

Jedna z członkiń mojej rodziny nawet zaczęła zbierać pieniądze na prezent.

Minęło dziesięć lat.

Prezentu nadal nie dostaliśmy.

Wieczorem pachniało lawendą

Zdjęcia kończyliśmy wieczorem, ale praca przy płytach trwała dalej.

Od mniej więcej dwudziestej do pierwszej w nocy Radek z Iwoną werniksowali powstałe ambrotypy.

Werniks był lawendowy.

Po całym dniu robiło się spokojniej, a wokół pracowni unosił się zapach olejku lawendowego.

Do dziś bardzo dobrze pamiętam te wieczory.

Zmęczenie, stos szklanych płyt i ten zapach.

W ciągu trzech dni zdjęciowych powstało około stu ambrotypów.

A potem przyszła stodoła

Po werniksowaniu płyty musiały wyschnąć.

Schły w stodole.

I to później zemściło się na mnie.

Na świeżym werniksie osiadały drobinki kurzu i pyłki. Gołym okiem często właściwie ich nie było widać.

Skaner widział wszystkie.

Każdy ambrotyp zeskanowałam, a potem przez około trzy miesiące siedziałam w Photoshopie i usuwałam z nich pyłek po pyłku.

Sto płyt.

Dużo pyłków.

Bardzo dużo pyłków.

A może zrobimy album?

Album, jak wiele rzeczy u nas, powstał spontanicznie.

Mieliśmy już datę wystawy w Muzeum we Wdzydzach i w pewnym momencie pomyśleliśmy:

A może wydamy album?

Pomysłów na tekst było kilka.

Miał być tekst po kaszubsku, polsku i angielsku. Miał to być właściwie taki uwspółcześniony Gulgowski.

Ale jak to z nami bywa, wyszło zupełnie inaczej.

Będąc na wakacjach, Radek napisał fabularyzowaną historię.

A właściwie dwie historie.

Te same wydarzenia najpierw opowiada panna młoda — swoimi słowami.

Potem pan młody — swoimi.

I nagle okazało się, że właśnie tak powinien wyglądać album.

Potem został już tylko skład, przygotowanie do druku i druk.

„Tylko”.

Dziesięć lat później

Dzisiaj wiem jedno.

Gdybyśmy robili ten projekt jeszcze raz, dalibyśmy sobie więcej czasu.


Trzy dni zdjęciowe na około sto płyt, kilka lokalizacji, dużą grupę ludzi, konia, kapelę, martwe kury, pół świni, zdjęcia w kościele i mokry kolodion to jednak było trochę szaleństwo.

Ale warto było.

To była ogromna praca wielu ludzi, duży projekt i duża satysfakcja.

Po dziesięciu latach mniej pamiętam zmęczenie i to, ile razy trzeba było wołać ludzi z powrotem na plan.

Za to pamiętam Żuka stojącego w skansenie, Martę chodzącą po wodę, pięć minut ciszy w kościele, zapach lawendowego werniksu wieczorem i Iwonę siedzącą obok mnie w Yarisie, kiedy wiozłyśmy z rzeźni pół świni zawiniętą w prześcieradła.

I chyba właśnie z takich rzeczy składają się projekty, które po dziesięciu latach nadal dobrze się pamięta.


Album „Wesele kaszubskie wg I. Gulgowskiego” można nadal zobaczyć w naszym sklepie.

Małgorzata Bardoń